O kocie, który dalej grał zająca – STACJA WOLA
radio

O kocie, który dalej grał zająca

Brak szacunku do pracy to osiągnięcie 45 lat socjalizmu, grzmiał Juliusz Machulski u progu nowej dekady lat 90., która znacząco zmieniła rzeczywistość branży filmowej. Wraz z upragnioną wolnością bardzo szybko pojawiła się również gorycz i rozczarowanie. To zresztą cytowana ikona komedii lat 80. szczegółowo podsumowuje w „Tańczącym z V.I.P.-ami”. 

Machulski, opisując plan swojej pierwszej, wolnej produkcji, grzmiał: asystenci ryczą, przekrzykując się wzajemnie, zaraz później punktując niechęć polskich ekip do walkie talkie, przerw obiadowych, toalet na planie, zachowania ciszy i nierozmawiania podczas zdjęć, bałaganiarstwa, bylejakości i upadku obyczajów. Do skrajności sytuacje na planie „V.I.P.” doprowadzają elektrycy, którzy zamiast ustawiać światła – upijają się i tłumaczą słowami: Nie jesteśmy, kurna, w przedszkolu! Musimy się rozerwać po pracy! I za tym zdaniem przenosimy się w strefę dobrze znanych wyobrażeń o polskim planie filmowym.

Nie jesteśmy, kurna, w przedszkolu! Musimy się rozerwać po pracy!

Elektrycy

Wszyscy pamiętamy kota, który grał zająca w „Misiu” Barei, stając się na lata wyobrażoną syntezą nieudolności i braku profesjonalizmu schyłku okresu PRLu. Również i w dekadzie 9-0 znajdziemy autoopowieść branżową prosto z planu, na marginesie podobno opartą na najprawdziwszych doświadczeniach Marka Koterskiego. W „Nic śmiesznego” przełożona anegdota o niezdarności polskich filmowców przyjmuje postać Adasia Miauczyńskiego, który w tym wariancie walczy zaciekle o pozycję w polskiej fabryce snów, stojąc na deszczu – a tu wilki jakieś. Skumulowanie prowadzi do hiperboli, w której polska produkcja komizmem stoi, a może by tak wpisać to w ducha zwycięskiej, rodzimej myśli kombinowanej?

„Killer” to niewątpliwy success story made in Poland, którego prawa do remake’u sprzedano amerykańskiemu studio Hollywood Pictures z koncernu Disneya za sześćset tysięcy dolarów. Nie sposób wspomnieć również o sukcesie komercyjnym, przebijającym wówczas spielbergowski „Park Jurajski 2 – Zaginiony Świat”. Ciekawiej jednak robi się dopiero wtedy, gdy zobaczymy kolejne dzieło z kuźni Machulskiej komedii, któremu brakowało środków na profesjonalną realizację: Kiedy okazało się, że nie stać nas na nakręcenie prawdziwej strzelaniny jak w gangsterskim filmie, to zrobiliśmy sobie z tego żart – mówił Machulski. – Po raz kolejny uczyłem się, jak ze słabości zrobić siłę. Efekt to absurd w najlepszym wydaniu i pastisz na całą filmową gangsterkę, na którą zamiast klasycznego pif-paf słychać jedynie piski, ochroniarze udający martwych i niespodziewane cameo Olafa Lubaszenko. Powtarzając zatem za krytykiem i filmowcem – Jackiem Szczerbą, można powiedzieć, że paradoksalną siłą „Killera” okazała się słabość naszego kina.

„Po raz kolejny uczyłem się, jak ze słabości zrobić siłę

Juliusz Machulski

Kończąc warto jednak też z ukłonem spojrzeć w stronę polskich filmowców, którzy w nowym systemie liczyli każdą złotówkę, a mimo to nie oddali kina walkowerem. Dekada wszak opiewa w nieprawdopodobne historie, z których dowiadujemy się, jak to Maciej Ślesicki w „Sarze” przeznaczył połowę swojego honorarium na niemieckich pirotechników, bo chciał mieć strzały i pękające szyby z prawdziwego zdarzenia. Na szczęście efekt był na tyle zadowalający, że – jak uznał sam Rywin – nawet Schwarzenegger nie powstydziłby się wówczas zagrać w Polsce. Ciekawe jak hollywoodzki gwiazdor zareagowałby na informacje o brakującej taśmie filmowej? Na szczęście potencjał filmu dostrzegały telewizje komercyjne, znów ratując finansowo produkcję, tym razem kilkoma zapasowymi rolkami. Czy brak taśmy to już przesada? Niekoniecznie. W zupełnie innych opowieściach słyszymy o przyjaciołach udostępniających światła na planie i kupujących wodę, która nie była przewidziana w budżecie. A gdy odsapniemy z zapasem taśmy i wody w kieszeni, usłyszymy o tajemniczej śmierci pewnego rosyjskiego koproducenta, zwlekającego z uregulowaniem należności.

Andrzej Wajda po festiwalowym pokazie „Psów” i „Krolla” w Gdyni miał powiedzieć, że młoda publiczność kinowa śmiała się w miejscach, w których jemu wcale nie było do śmiechu – choć w innym kontekście, to w końcu do śmiechu nie było wielu.

Skontaktuj się z nami

Spotkanie online